Przejdź do głównej zawartości

Posty

Anegdota.

Bywają takie chwile, kiedy zdarzają nam się anegdoty. Uwielbiam je, ale nigdy nie przeżyłam takiej "z krwi i kości". Do dziś. Właśnie wracałam do domu, w którym jak większość z Was wie - mieszkam z Hellą (czarną, małą kociną z którą często leniąc się na tapczanie, dywagujemy na temat świata, a zwłaszcza mężczyzn). Zobaczyłam, że wygląda za mną przez okno, więc rozpromieniona zaczęłam do niej machać. Zauważył to podpity ( jak to bywa na Bałutach, dzielnicy w której mieszkam) mężczyzna w średnim wieku. Spojrzał na mnie ze smutkiem i powiedział: - Jak bardzo chciałbym tak do kogoś machać - i zamachał do mnie, aby zaprezentować. Uśmiechnęłam się nieco zbita z tropu, po czym dodał: - Przepraszam... miłego dnia - przechodząc przez ulicę, najpewniej w stronę monopolowego. Dopiero po pewnym czasie, gdy drzwi klatki schodowej zatrzasnęły się na mną, wybuchłam śmiechem. Gdyby zobaczył do kogo macham, może wcale nie powiedziałby tego, co wybrzmiało ostatecznie.

Ośliniona tęsknota.

Tak właściwie, to teraz, chwilę przed trzecią nad ranem - poczułam, że tęsknię. Spotęgował to fakt, że byłam dziś w wielu miejscach. I kilka razy z kimś na pozór zwykłym, i jakimś takim mało przebojowym. Miał jednak jedną cudowną zaletę - nie udawał kogoś, kim nie jest i nie był. Kłamał. Owszem. Okłamywał nawet samego siebie, ale jakoś przedziwnie został człowiekiem. I właśnie o tej trzeciej w nocy zatęskniłam chociażby za jego kłamstwem. Za czymkolwiek. "Urocze niewolnictwo" - powiecie. Być może. A może na moim brzegu, oprócz śmieci wylądował kawałek czegoś wyjątkowego? Fala mi to stara się wyrwać, a ja wchodzę w to morze. Nigdy nic nie udało mi się wyłowić, ale też nigdy nie utonęłam. Tym razem też tak się nie zdarzy. W zasadzie, to nic się nie zdarzy. Ot, człowiek znalazł coś wyjątkowego i chce to pozyskać na własność. I pozostaje tęsknota. Piękna i wzniosła. W sam raz na oślinione i zapłakane piosenki, śpiewane przez podlotki. Potem już nikt nie chce się do...

POZNAŃ

Gdy czegoś nie znasz - widzisz zaledwie tylko wycinek tego czegoś, czasem coś dorabiasz i tak powstaje coś niezwykłego. Tak wygląda Poznań, po którego krętych i kamienistych uliczkach dreptałam odurzona słodko-dusznym powietrzem. Tłumy ludzi przewalały się kołem rynku, jak pranie w pralce. Wraz ze spożytym alkoholem wir przyspieszał, zatrzymywał się, by na koniec wypluć to całe towarzystwo. Wycisnąć i wypluć. A ja chodziłam po tym pijackim, pulsującym widzie z nostalgiczną miną i lekko uniesionymi kącikami ust. W powietrzu wisiał deszcz. Opary miasta oblepiały mnie potem równie miłym, jak po chwili zapomnienia. Pijąc łapczywie wodę na zmianę z okrutnie gęstym i słodkim sokiem marchwiowobananowojakiśtam, snułam się po labiryntach uliczek, po których może jakaś kropelka mojej krwi biegała onegdaj, jako beztroskie dziecko kupieckie, bawiąc się w chowanego. Teraz też bawiłam się w chowanego z celem mojej podróży - ze snem sennym. Sen na jawie bowiem trwał jeszcze jakiś czas, by wchłonąć...

RAJ

Często wchodzę na strych.  Jest tam sennie, zawsze zachodzi słońce w lampce, z czerwonym winem. Dym dobrego tytoniu tańczy w powietrzu i okadza mnie, niczym szaman w czasie rytuału. Jestem sama, ale czuję obecność. Może to tylko wyimaginowana obecność kogoś, kogo pożądam? A może ona istnieje rzeczywiście? Możliwe, że jej nie ma, ale moje pożądanie jest tak wielkie, że krew buzująca w ciele jest w stanie stworzyć każdą piękną iluzję. Otula mnie śliska, wygrzana satyna. Oblewa mnie, jak kojący ciepły deszcz. Mam przymknięte powieki, oddycham miarowo i głęboko. Nie ma we mnie niepokoju. Roztapiam się. W tle snuje się muzyka. Piękny, genialny świat, gdzie śmieję się z tego, co nawet się nie zmaterializowało w mojej głowie, ale już rozwesela. Rozwesela na tyle, że nie mogę się przestać śmiać. I nie jest to śmiech nerwowy. To śmiech beztroski i mądry. Rozdzieram powietrze, rozpinam skrzydła i frunę, napinam mięśnie, i skaczę w przestrzeń wiedząc, że nie zawiodą mnie cztery kocie łapy...

Mozaika 4

A imię jej było Grażyna. Z ciężkim naciskiem na "gra". Była ona ruda, piegowata i nawet wredna. Lubiła ludzi, ale bez przesady. Grażyna pracowała w mięsnym, chociaż należała do "fali eco" i była wegetarianką, ale wychodziła z założenia, że jakoś na swój pęczek rzodkiewek musi zarobić. To dość pragmatyczne - musicie przyznać. Grażyna z wykształcenia była mechanikiem samochodowym, bo chciała zrobić na złość ojcu, który w jej przeświadczeniu był arcypierdołą i nie umiał nawet naprawić cieknącego kranu. Jeśli jednak chcesz zrobić komuś na złość, to i tak odbija się to na tobie. Grażyna była tego przykładem. W samochodówce bowiem - miała przechlapane, a w warsztacie, zawsze lądowała w kanale, w towarzystwie jakiegoś wąsatego pana Zbysia, który sapał nad nią dość wymownie. Dlatego też Grażyna przebranżowiła się. Teraz górowała nad wszystkimi trzymając w ręku tasak - wyznacznik siły i władzy, dzięki któremu odcięła się dość wymownie od mężczyzn.  Po pracy jednak ju...

Anabelle

Cisza. W oddali słychać jadący tramwaj. Jest noc.  Anabella siedzi w swoim pięknym, nowym fotelu marki IKEA. Słucha Milesa Davisa i zanurza się w swoim zakochaniu, które przeżywa. Spotkała chłopca, jak guma balonowa: o intrygującym smaku ust i wybuchowej osobowości. Nie jest nadzwyczajny, ale JEST. W końcu każda dziewczyna marzy, żeby mieć chłopca. To takie ważne, konstytuujące ją. Nikt przecież nie zapyta jej jaką książkę przeczytała, ani co sądzi o podatku katastralnym, bo to strasznie nudne. Chłopiec ma na imię Andrzej. Jest wysoki, smukły, ma piękne oczy i ciepłe dłonie, które chwytają ją wpół. Ubiera się standardowo i uczesany też jest na Justina Biebera. Ma pieprzyk na skroni... A może nie! Może niech będzie krępym brunetem, który na ramieniu wytatuował sobie jej imię... Albo niech będzie jakimś jeszcze nieznanym muzykiem z kapeli podwórkowej... Anabella nie wie w zasadzie czy się zakochała, no ale przecież w kimś musi.  Wybiera ostatecznie Billa Muraya. Ma ...

Mozaika 3.

Wanna. W wannie pływają wszystkie moje myśli: namiętności, niepokoje, czasem również histerie. Nigdy jednak łzy. Kiedyś upijałam się w niej próbując, w towarzystwie innych kropel wyłuskać tę jedną, która zasoliłaby to jezioro i podniosła, chociażby zasoleniem do rangi morza. Krzywiłam się, pociłam, pocierałam oczy, przypominałam najprzykrzejsze przeżycia. Prowadziłam monologi, całe tyrady na temat tego, że przecież z pewnością nie jestem na tyle szczęśliwa, aby nie mieć w sobie chociaż tej jednej. Słuchałam nawet muzyki żałobnej, ale po godzinnym seansie - zasnęłam. W skrajnym zniecierpliwieniu zalewałam sobie oczy szamponem, biczowałam lodowatym strumieniem, wpuściłam kota do wanny, aby mnie pokaleczył. Nie zaczęłam się jedynie ciąć i przypalać. Wiadomo mi od dawna, że nie jestem zdolna do wielkich poświęceń. W wyniku tego wanna stała się rezonatorem moich licznych wybuchów śmiechu. Istną muszlą koncertową dla śmiechu, rechotu, śmieszków, podśmiechujków i innych tego typu form ma...