Przejdź do głównej zawartości

Posty

Spokój i niepokój.

Świat. Dni przemijają jeden, za drugim rozpoczynając się leniwie za pięć dwunasta parą unoszącą się nad gorącą kawą i dymem z papierosa – nic nieznaczącego, a jednak dającego jakąś nić subtelności, wsłuchania się w ten świat. Znów poranny zgiełk, jak każdego dnia wkrada się wraz z wilgotnym powietrzem przez uchylone okno. Auta policyjne i szkół jazdy defilują niezachwianie i mechanicznie. Dzień wymaga poukładania siebie, jak ludzika z klocków Lego: kąpiel, suszenie włosów, nałożenie na swoją ziemską powłokę świe ż ych ubrań, umalowanie się lub ogolenie (w zależności od dominujących hormonów). To wszystko po to, aby być tarczą lub mieczem wobec świata i rozlicznych sytuacji, jakie mają na nas czekając na zewnątrz. Kompletujemy się w tym porannym rytuale, rozgrzewamy niejako. Dzień wymaga od nas o wiele więcej, niż noc.

Bajeczka o wrażliwej blondyneczce.

Była sobie mała blondyneczka. Była słodka, jak babeczka. Chudziutka i kruchutka. Chodząca dziewczęca niewinność. Jej złote pukle włosów powiewały poetycko na wietrze. Była piękna. Wsiadła do tramwaju. Usiadła na siedzeniu i  słuchała muzyki. Wsiadła grupa podpitych staruchów, wydzielających chmury trawionego alkoholu. Jeden z nich zaczął lizać jej odkryty kark swym obleśnym ozorem. Odwróciła się w jego stronę z obrzydzeniem i chęcią zabicia. Zauważyła obleśną, ogorzałą facjatę i uśmiech dość szczerbaty. Wysiadła i skurczyła się. Chciała zagłuszyć poczucie poniżenia i uprzedmiotowienia. Poszła kupić ulubionego pączka z bitą śmietaną. Nie pomogło. Wróciła do domu, szorowała kark. Chciała zmyć to obleśne zdarzenie. Pogłębiała to obrzydzenie. Zaczęła jeść codziennie pączki, żeby przestać być widoczna dla mężczyzn. Dla kogokolwiek, kto miałby mieć z jej powłoką skojarzenia seksualne.  Zamieniła się w pulchniutką blondyneczkę. Ogoliła więc włosy, zrobiła kilka tatuaży, zacz...

Obrazoburcząca twórczość własna

Dostałam od administratorki trutkę na myszy. Długo międliłam trutkę w dłoniach rozmawiając i żartując z panią zza burka . W pewnym momencie odczułam, że pieką mnie dłonie. Jednak dzierżenie trucizny (chociażby dla biednych, śmierdzących i tupiących myszek) jest ciężkim dla psychiki brzemieniem. Zajrzałam do środka. O dziwo zobaczyłam tam płatki owsiane zabarwione na różowo. Cóż za słodka trucizna! Rody królewskie mogłyby się uczyć, gdyby nie to że wymarły z tych samych (albo naturalnych) powodów. Dlaczego nikt nie nakręcił filmu, w którym bohater otruł swoją żonę dosypując jej do porannego musli trutki na myszy??? Przecież to byłoby tak pięknie groteskowe! Zamiast krwi, strzelanin, gwałtów, nożowników, snajperów i innych pożal się boże killerów. Piękny letni poranek. Córka wsypuje wszystkim do owsianki trutkę. Truje ich i ucieka z domu, jako zbrodniarka, czy też wyzwolona z brzemienia toksycznej rodziny! Czemu nikt na to nie wpadł??? Albo samotny pijak w agonii widzi przysłow...

Z(a)łamany kręgosłup.

Rozgrzane miasto, parująca wilgocią ziemia, epatujące zamrozem kamienice. Ludzie spacerujący po ulicy, z papierosem, piwem lub lodami. Patrzący na miasto, tak jakby je pierwszy raz widzieli, chociaż tu mieszkają. Patrzą w górę, rozglądają na boki, uśmiechają, śmieją, drepczą... Zerkam w jedną z pustych witryn sklepowych. Nie widzę zbyt wiele. Przez mgłę brudu - widzę kręgosłup. Przywołuje mnie. Mówi, że jest złamany i ledwo się wije po swoich gruzach. Ja jednak wiem, że kłamie. Żaden złamany kręgosłup nie mówi, że jest złamany. Po prostu takim jest. Przyglądam mu się bacznie. W istocie jest nadwątlony. Słania się z bezsilności. Wspomina lata swej świetności. Swój honor i determinację. Wije się, płacze, miota na ziemi, ale po chwili powstaje. Zgarbiony. Jednakże idzie. Jeszcze się wyprostuje. Może i przyklei się do płaszczyzny gruzowiska, ale wie jak wstać. Wie i umie wstać. To tylko chwilowa niemożność. Chwilowe zachwianie. Mały paraliż. Jeszcze zatańczy tango na stole i...

Karzeł w ciągłej defensywie. . .

Z. Beksiński Płacz.. totalny płacz i rozpacz nad swoją indolencją przeżyła skarlała postać, o garbie wielkości plecaka. Stoi przed lustrem widzi siebie w nim z lekka oddalającą się. Nie kontroluje zwiększającego się minimalnie, acz ciągle dystansu będącego wielkim krokiem w tył. Ucieczką przed kolejną decyzją. Nie na darmo  Horacy powiedział: "Odważ się być mądrym"! Myślenie boli. Trzeba ruszyć to oślizgłe,galaretowate karle cielsko, nadwątlony własną głupotą mózg. Zrobić coś, co zmieni w sposób rewolucyjny życie. Żyć w ascezie. W świecie wolnym od wygodnictwa, poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji. Trzeba przeżyć liposukcję tej galarety cielska i jeszcze raz nauczyć się oddychać, czuć.... MYŚLEĆ. Wyjść z ciepłego kątka, autosmrodku o mdłej, miłej, upajającej wręcz nucie.  Skarlała galareta drży. Chce zmian. Dusi się chwilami już. Cisza.... znamienna cisza... "Im mniej ludzie myślą, tym więcej mówią." - powiedział Monteskiusz. Może jest nadzieja...

Vanity fair wątpliwej proweniencji.

Wieczór, klub. Pląsające tygrysice i samce w umaszczeniu a'la "paski na laski". Napuszone mięśniaki. W toalecie jakiś facet żonaty, w sposób nachalny nakłania młodą dziewczynę o ufarbowanych na czarno włosach, aby spędziła z nim noc. Ona się opiera, brodzi boso w kałuży wody na kafelkach - istna nimfa naszych czasów. Dziewczyny, naśladujące jednocześnie seksbomby i gwiazd y porno. Żenujące połączenie. Panowie przy barze, naśladujący raperów z amerykańskich teledysków, proponujący drinka-   jakby na tym opierała się cała egzystencja i od tego zależała moja samoocena. Panowie "zagajający" tańcem - tragikomiczne pląsy godowe. T ańczą, ja robię parodię ich parodii - nie mają zupełnie pojęcia o tym. Totalne zakompleksienie. Totalny brak dystansu. I jedna krewka kobieta, spokojnie starsza ode mnie o 15 lat, z pięknymi, długimi włosami, oczami jak szparki - wreszcie zauważa moją szyd erę. Wykrzykuje mi do ucha, że nie dorastam im wszystkim do pięt, że jestem ni...

Z cyklu: "Szkice sylwetek"

Poznałam ją latem.  Ja byłam nieopierzonym stworzonkiem, które wyskoczyło ledwie z gniazdka i przeczłapało pół miasta, bo nie miało na bilet. Przeczłapało na pierwsze w swoim życiu przesłuchanie swojego głosiku, z prawdziwego zdarzenia. Ona - kolorowa, stonowana, sympatyczna.  Dała mi szansę i po kilku zaledwie tygodniach zaśpiewałam z nimi koncert. To był bajeczny wieczór w sali lustrzanej  Pałacu Poznańskiego. Lato mokre, ale parujące ciepłem zewsząd. Hiszpańska fiesta na Piotrkowskiej. Ciągły śpiew, czerwone kwiaty i wino. Poznawanie się, poznawanie przeszłości i odczytywanie co się kryje za teraźniejszością... Niebawem również wspólna przyszłość. Prawdziwie niezwykły świat lekko zadymiony, na stole tańczący królowie, walety i damy, oraz cicha Dama Pikowa. Rozważna, w sposób unikatowy krojąca tortillę, sącząca powoli wino i gwałtownie wsiąkająca wódkę. Tańczące Erato, Euterpe, Polihymnia, Kalliope i Melpomena szeptały nam do uszu. Nie działo się nic. Pozornie. ...