Przejdź do głównej zawartości

Posty

Mozaika 4

A imię jej było Grażyna. Z ciężkim naciskiem na "gra". Była ona ruda, piegowata i nawet wredna. Lubiła ludzi, ale bez przesady. Grażyna pracowała w mięsnym, chociaż należała do "fali eco" i była wegetarianką, ale wychodziła z założenia, że jakoś na swój pęczek rzodkiewek musi zarobić. To dość pragmatyczne - musicie przyznać. Grażyna z wykształcenia była mechanikiem samochodowym, bo chciała zrobić na złość ojcu, który w jej przeświadczeniu był arcypierdołą i nie umiał nawet naprawić cieknącego kranu. Jeśli jednak chcesz zrobić komuś na złość, to i tak odbija się to na tobie. Grażyna była tego przykładem. W samochodówce bowiem - miała przechlapane, a w warsztacie, zawsze lądowała w kanale, w towarzystwie jakiegoś wąsatego pana Zbysia, który sapał nad nią dość wymownie. Dlatego też Grażyna przebranżowiła się. Teraz górowała nad wszystkimi trzymając w ręku tasak - wyznacznik siły i władzy, dzięki któremu odcięła się dość wymownie od mężczyzn.  Po pracy jednak ju...

Anabelle

Cisza. W oddali słychać jadący tramwaj. Jest noc.  Anabella siedzi w swoim pięknym, nowym fotelu marki IKEA. Słucha Milesa Davisa i zanurza się w swoim zakochaniu, które przeżywa. Spotkała chłopca, jak guma balonowa: o intrygującym smaku ust i wybuchowej osobowości. Nie jest nadzwyczajny, ale JEST. W końcu każda dziewczyna marzy, żeby mieć chłopca. To takie ważne, konstytuujące ją. Nikt przecież nie zapyta jej jaką książkę przeczytała, ani co sądzi o podatku katastralnym, bo to strasznie nudne. Chłopiec ma na imię Andrzej. Jest wysoki, smukły, ma piękne oczy i ciepłe dłonie, które chwytają ją wpół. Ubiera się standardowo i uczesany też jest na Justina Biebera. Ma pieprzyk na skroni... A może nie! Może niech będzie krępym brunetem, który na ramieniu wytatuował sobie jej imię... Albo niech będzie jakimś jeszcze nieznanym muzykiem z kapeli podwórkowej... Anabella nie wie w zasadzie czy się zakochała, no ale przecież w kimś musi.  Wybiera ostatecznie Billa Muraya. Ma ...

Mozaika 3.

Wanna. W wannie pływają wszystkie moje myśli: namiętności, niepokoje, czasem również histerie. Nigdy jednak łzy. Kiedyś upijałam się w niej próbując, w towarzystwie innych kropel wyłuskać tę jedną, która zasoliłaby to jezioro i podniosła, chociażby zasoleniem do rangi morza. Krzywiłam się, pociłam, pocierałam oczy, przypominałam najprzykrzejsze przeżycia. Prowadziłam monologi, całe tyrady na temat tego, że przecież z pewnością nie jestem na tyle szczęśliwa, aby nie mieć w sobie chociaż tej jednej. Słuchałam nawet muzyki żałobnej, ale po godzinnym seansie - zasnęłam. W skrajnym zniecierpliwieniu zalewałam sobie oczy szamponem, biczowałam lodowatym strumieniem, wpuściłam kota do wanny, aby mnie pokaleczył. Nie zaczęłam się jedynie ciąć i przypalać. Wiadomo mi od dawna, że nie jestem zdolna do wielkich poświęceń. W wyniku tego wanna stała się rezonatorem moich licznych wybuchów śmiechu. Istną muszlą koncertową dla śmiechu, rechotu, śmieszków, podśmiechujków i innych tego typu form ma...

Mozaika 2.

Jest w niej taka meduza. Krąży w odmętach myśli. Pragnie wchłonąć cały świat, wszystkie namiętności tego świata i spłonąć w nich. Nie wie co to strach, bo wie co to żądza. Co i rusz jednak zapada się gdzieś w mule konwenansów, czasem utknie na plaży cnót oraz porządności. Przychodzi po nią jednak fala i znów wypływa na głębokie wody. Ale tylko osobiste. Nigdy się nie ujawnia. Nikt jej nie widzi i nie słyszy z wyjątkiem samej zainteresowanej. Gdy się zaweźmie w sobie oblepia jej mózg i myśli. Potrafi zawładnąć, wprawić w obłęd. Właśnie tak było pewnego wieczora. Kobieta siedziała na ganku, przed domkiem. Meduza nadpłynęła i zaczęła oblepiać ją w towarzystwie ciepłego wiatru, który ją rozbierał, podsycał. Nie trwało to jednak długo, bo w pewnym momencie na jej oczach para kotów rozpoczęła akt prokreacyjny. Meduza odpłynęła. Pozostał niesmak i te obrzydliwe koty. W zasadzie nie wiadomo, czemu tak się stało. Ale się stało. Kobieta weszła do domu i zaczęła zmywać naczynia.

Mozaika 1.

Kobieta budzi się, podnosi z lekka głowę, aby skontrolować, czy u jej stóp leży odwieczny świadek rozterek i szaleńczych euforii - czarny kot. Jak się okazuje - owszem leży, a nawet śpi, niezmąconym niczym snem, całkiem ufny w to, że tym razem spędzą idealny poranek.  Kobieta wstała policzkując się, aby osiągnąć szybki efekt wybudzenia. Stan w jakim się znajduje jednak wcale jej nie satysfakcjonuje. Idzie sennym krokiem zaparzyć kawę, następnie szoruje do drugiego pokoju, aby odpalić komputer. Wraca do kuchni, parzy kawę, wraca do komputera, przegląda fb. Jak zwykle nikt jej nie zaskoczył. Cisza w eterze, a raczej bełkot w którym uczestniczy. Czeka na Godota. Na objawienie. Na kogokolwiek, kto przeholowałby ją w miły stan radości. Jakieś miłe słówko. Miły gest aprobaty w jej kierunku. A tu nic. Odpala jakiś głupi serial, beznadziejnie grany przez aktorów, którym już dawno brakło polotu. Wypija kawę, idzie pod prysznic, namydla bezwiednie, zapomniała się wysikać, więc robi to...

Idąc...

Wyszłam dziś bardzo poirytowana z domostwa swego, z poczuciem że jak zwykle pojawiło się "szczęście w nieszczęściu", z poczuciem że ktoś mnie zdradził, że w zasadzie jestem silna, ale jakaś mała istota we mnie robi głupoty i właśnie dotknęła oślizgłych, śmierdzących wymiocinami - owoców. Szłam wzburzona. Krokiem silnym, pewnym. Ludzie oglądali się za mną, zadziwiając dokąd ktoś TAKIM krokiem idzie. Bo TAKIM krokiem idzie się tylko kogoś zabić. I owszem. Poszłam zabić. Tę małą larwę, która jątrzy, która nie wie czego chce i nie wie jak wyzwolić się od własnego, uwarzonego losu. I dokonałam tej skrobaki z każdym krokiem, każdym uderzeniem obcasa. Zostawiłam ją gdzieś w Śródmieściu. Wróciłam do domostwa swego, wysprzątałam wszystkie ślady po niej. A ona i tak zadzwoniła do mnie. Wcale nie umarła. Wraca. Ja znów wychodzę, znów wybijam ją z siebie, a ona wraca. Wraca każdym możliwym sposobem. Ale może kiedyś jej się znudzi. Bo mnie - nie.

Rozwiązana zagadka.

Wujek Bonifacy siedział beztrosko w swoim pulowerku w romby, w śliwkowym krawacie i brązowej koszuli w prążki. Patrzył się na mnie i uśmiechał ironicznie. Właśnie zdałam maturę i przyszłam pochwalić się wujostwu swoją cenzurą. Mam na sobie melancholię młodzieńczą i poczucie, że teraz zmienię świat, że zawojuję nim. Pomimo braku wnikliwej wiedzy na temat teorii kopernikańskiej - czuję się jak jej twórca. Teraz, gdy wyzwoliłam się z jarzma systemu szkolnego - każdy mój krok będzie kreował nową rzeczywistość, bo przecież weszłam w świat dorosłych. Właśnie roztoczyłam cały ten mój entuzjazm przed kochanym wujem i właśnie od tego momentu ten dziwny uśmiech nie raczył zejść mu z twarzy. Patrzył na mnie tak długo, aż nie dobiegłam do trzydziestki. Przez cały ten czas nie zgłębiłam wcale teorii kopernikańskiej, natomiast wiele teorii ekonomicznych, arkana Wolnego Rynku, krzywej popytu i podaży... Mam o wiele lepsze narzędzia, aby zawojować tym światem i może nawet uczyniłabym to, gdyby nie ...