Przejdź do głównej zawartości

Posty

Naga kobieta.

Stukot. Zgiełk ulicy. Przepięcie w powietrzu. Kopnięcie prądem, jak wtedy gdy dotykasz językiem baterii. Szummm. Szum słów obijających się o siebie, jak elektrony. Słowa zawisły. Zastygłam. Eskalacja myśli. Część uciekła szybko, by ta druga jej nie mogła dogonić. Na mojej twarzy zarysowało się rozmarzenie. Elektrony zawiodły mnie do iwaszkiewiczowskiego lata, pełnego tajemniczych tekstur i intensywnego powietrza. Do czegoś "na granicy", co jednocześnie było i nie istniało. Piękne wspomnienie. Na tle innych piękniejsze, bo niespełnione. Na tle innych - wzruszające, bo dyskretne. Nienazwane, chociaż przeżyte. Wtedy nie docierało do mnie. Zatapiałam się nie w faktach, lecz w wilgotnym zapachu lasu, ciała, wina. W pomarańczy zachodzącego słońca i muzyce, którą dzieliłam. Aż dziw, że tak własnie było. Zawsze goniłam szczęście. Wtedy nie złapałam go nawet za opuszek palca. Zupełnie, jak nie ja. Jakbym nie była sobą, tylko medium odurzonym bajecznym powietrzem, które nie...

Posągowa poczekalnia.

Proszę czekać. Czekaj. Poczekaj. Trzeba czekać. Będziesz zmuszony poczekać. Poczekalnia. Czeka się zawsze w sytuacjach krytycznych lub przynajmniej istotnych. Jak długo można czekać?! Czy warto? Co nam da czekanie? Czy zawsze czekamy i czy obiekt uczący nas w ten sposób pokory oraz cierpliwości zasługuje na nasze zaciskanie zębów? Dodatkowo: czy istnieje czekanie z godnością? Miśka zadawała sobie te pytania patrząc na miasto z dachu wieżowca. Od dawna rozważa zjawisko dla niektórych niewystępujące i zbędne. Ona czeka. Czasem ją to zawstydzało, czy aby to nie jest zbyt łzawe i staroświeckie w dobie szybkich kas w supermarketach. Początkowo czekanie było dla niej, jak siedzenie na krześle elektrycznym. Czymś, co drażni każdą komórkę ciała i nie daje spokoju. Co wybija z rytmu i staje się jedyną treścią życia. Ostatecznie jednak przychodzi taki moment, gdy nawet najbardziej nasycone kolory - blakną. Tak było z jej czekaniem. Stało się elementem jej życia, jak śniadanie, czy p...

Gdzieś w Mieście Łodzi i znów Gieni, czyli dlaczego kobiety mają koty.

Jest taki rodzaj prądu, który kopie w serce, uderza do głowy i przetransponowany jest na twarz w postaci uśmiechu. Dzieje się to wtedy, kiedy kolejny raz wracasz. Kiedy masz pewny krok i wyprostowane plecy. Gieni szła właśnie przez deszczową Łódź, lekko pusta w środku. Pomimo tego faktu uśmiechała się do świata. Postanowiła znów dać sobie wiarę. Chodziła i zastanawiała się, w co wierzyć. Z licznych bolesnych doświadczeń wiedziała, że ślepe przeglądnie się w lustrze ze skrzętnie stopionych wartości, w ostatecznym rozrachunku bywa bolesne. Nie ma jednakże wyboru. Bez wiary nie potrafi żyć. Jak śpiewał Maleńczuk "Bo wiara jest, jak dupa - trzeba ją mieć".  Na samo przypomnienie tej frazy Gieni znów uśmiechnęła się, strzelając tym głupkowatym uśmiechem w jakiegoś przypadkowego przechodnia. Idiotyczna potrzeba posiadania nad sobą parasola z abstrakcji, tylko po to aby przeżyć. Idiotyczna, bo wiara w samą siebie, która przyniosłaby o wiele więcej praktycznych konsekwencji wyda...

Cisza, cisza, cisza.

Ja najmocniej przepraszam. Nie spodziewałam się, że coś takiego może nastąpić. Ludzie mówili mi czasem, że mają coś podobnego, ale zawsze uważałam, że tylko się nad sobą użalają. Że ich indolencja wynika z lenistwa, braku zorganizowania, braku dystansu... No i mnie, osobę leniwą, słabo zorganizowaną i posiadającą względny dystans w stosunku do siebie i świata - dopadła ta zaraza. Dopadła w sposób dotkliwy i ostateczny. Trwa to już od kilku dni. Czekam, aż minie. Rozglądam się po świecie, patrzę na szalonych muzyków grających w mróz na Piotrkowskiej, patrzę na księżyc, koty biegające jak w amoku, w pełnię. I NIC. Jest we mnie równina bliska stołowi przed którym siedzę. Jest idealnie płaska i lekko zakurzona. Czuję się tak, jakbym połknęła ten stół i średnio mi się trawił. Zajmuje jednak tyle powierzchni we mnie, że nie łaknę niczego. Cisza. Jest we mnie cisza. I nie jest to pewność. To cisza. Jest przejrzysta i gęsta jak galareta. Agrestowa galareta. Moja ulubiona. ...

Z kamerą pośród osobliwych osobliwości: Zdenia.

W dzisiejszym programie z kamerą pośród osobliwych osobowości przedstawimy wam Zdenię, mieszkankę smutnego miasta, gdzie pada deszcz i ludzie nadużywają wszystkiego oprócz deszczówki. Zdenia jest awangardową miejscową artystką, ubiera się w wyciągnięte swetry, które wizualnie nieco powiększają jej osobę. Bez tego składa się z kości obleczonych skórą li jedynie i kopą kręconych kłaków na łbie. Nic więc wyjątkowego, jak widzicie. O kimś lub o czymś mówić pomimo wszystkiego musimy, albowiem nie po to potrafimy mówić, czytać i pisać aby zapomnieć o tych umiejętnościach które są zarazem przywilejami ludzkości. Przenosimy się do studia, gdzie Zdenia zaczyna już swój natchniony monolog o swojej bogatej osobowości, jaką posiadać mogą tylko młode i kościste awangardowe artystki. (...) Snuję się po mieście z własnymi rozterkami, banałami, złudzeniami. Złudzenia są najgorsze. Unoszą wysoko, ponad chmury, potem na moment przestaje wiać i spadamy na sam dół zażenowani, przegrani, zmęczeni. Nau...

Gdzieś w Mieście Łodzi.

Jest taki rodzaj prądu, który kopie w serce, uderza do głowy i przetransponowany jest na twarz w postaci uśmiechu. Dzieje się to wtedy, kiedy kolejny raz wracasz. Kiedy masz pewny krok i wyprostowane plecy. Dajesz sobie kolejną szansę na życie. Zapominasz o zawodach, rozterkach, tym że świat sprowadza się do marności i pięćdziesiątki przy barze gdzieś w Mieście Łodzi. Wysiadasz z cygańskiego taboru i wracasz cholerny kawał drogi pieszo do punktu wyjścia. Masz nadzieje, plany. Takie sobie, ale to nie jest tak istotne jak sam fakt, że wracasz do swojego pokoiku na poddaszu, siadasz przed stołem i otwierasz ulubioną książkę, zapijając każde piękniejsze zdanie stygnącą herbatą z fusami, które przylepiają się nieznośnie do warg. Tak właśnie zrobiła Geni, która popłynęła daleko hen w poszukiwaniu pereł beztroskiego szczęścia i poetycko ujętej miłości. Wszystko to znalazła. Trzyma te perły w woreczku skrzętnie. Zostawiła na chwilę książkę i wyciągnęła woreczek w chińskie smoki, żeby wysypa...

Śmiertelna dawka oniryzmu.

Tańczę, śmieję się, mknę przez miasto o pierwszej nad ranem, szukając w tłumie ukojenia. Miotam się, rzucam, śmieję, dzwonię. Piję w barze uwodząc nawet kamerę przemysłową, w prawym górnym rogu. Tryskam rozpaczą. Śmieję się głośno i rozmawiam z nieznajomymi, chociaż oni już tylko bełkoczą. Bełkot, bełkot, bełkot. Pulsuje mi lewa skroń idę w większy tłum, orgiastyczne tarło ociera się o mnie spoconym cielskiem. Tam już się nie rozmawia. Ale też się udaje. Udaje szczęście, zmysłowość, rozluźnienie. Zbiorowe młócenie nieszczęścia. Wódka na młyn. Krzywe lustra. Wykrzywiają mi twarz. Skręcają mnie robiąc ze mnie faworka. Łamię się w rękach jakiegoś silnego mężczyzny. Patrzę na siebie i niego w lustrze, raz po raz. Kołysze. Ekstaza. Upodlenie, skrzywienie. Po wszystkim schładzam twarz lustrem, pozostawiając krwawy ślad po szmince. Kolejny raz utracone dziewictwo - kolejna bariera przybliżająca do wyzwolenia ( a może własnie krańcowego upodlenia?). Czuję dwoistość. Swoją potęgę i rozpacz...