Przejdź do głównej zawartości

Posty

Atramentowy Wujcio.

Drobny Wujcio, siedzący na krawędzi antycznego biurka przemawiał bardzo energicznie. Ubrany był w równie drobny, jak on sam - surducik. Miał bujną, półdługą, falującą czuprynę i całkowity zarost, równie bujny. Zadziwiające, że wszystkie te włosy okalające jego bajeczną twarz mały kolor atramentu, które wraz z każdym jego słowem     i gestem połyskiwały w ciepłym świetle przytulnego gabinetu. Wszystkie, otaczające go sprzęty były duże, solidne, w kolorze orzecha. Stanowiły miłe obwarowanie przed światem. Wokół Wujcia siedziała grupa ludzi. Wszyscy byli starsi ode mnie. W zasadzie można powiedzieć, że byli równie zaawansowani w procesie starzenia, jak Wujcio. Czuć było w atmosferze ogólne przyzwolenie, a nawet entuzjazm związany z tym, co mówił, prawił, a nawet wygłaszał. Nie wiem jak tam trafiłam. Pamiętam tylko jedno - najpierw go zobaczyłam, a dopiero poprzez zadziwienie jego osobą zaczęłam słuchać. Prawił o miłości, o szczęściu. O tym, jak on to wszystko przeżywa. Był ...

Toi Toi a rozszerzenie Wszechświata.

A Wszechświat rozszerza się dalej... Niegdyś zasłyszane frazy dziś mają swoje rozszerzenie. Zadziwienie staje się pewnością, a chaos przemienia w jasność i pewność stwierdzeń. Siedzą porozstawiani, w kątach, w cieniu. Nie dosięga ich mdłe światło latarń. Sączą gorzałę i przeklinają nerwowo chcąc usłyszeć odpowiedź, nie zadając żadnych pytań. Zalewa ich złość na brak odpowiedzi. Na pustotę. Beczka nieukierunkowanej energii. Wystarczy jedynie iskra na tym ruchliwym, niczym robactwo prochu, aby zaczęła się kotłowanina. Ludzie biją się i kopią w mur. Wrzeszczą przy tym nieludzko, wypluwają zęby wraz z krwią i jadem. Okładają się nawzajem, rozbijają okoliczną infrastrukturę, palą samochody, jak papierosy. Rewolucjoniści pod banderą pustki. "BRAK REGUŁ - REGUŁĄ ŚWIATA!" - krzyczą płacząc agresją.  Zburzyli już kilka kamienic, zgwałcili kilka wrażliwych umysłów, wylali na kilku obywateli krwistą zupę pomidorową. Biegają potargani. Sukcesywnie pozbywając się w boju odzieży,...

Dybuk.

Poranek. Piękne słońce. Taki dzień, kiedy pierwszy raz od tygodni zmywasz po śniadaniu naczynia. Robisz to w przeświadczeniu, że od tej pory będziesz życie prowadzić w czystopisie, z każdym wykaligrafowanym krokiem, bez żadnych skreśleń, błędów. Pozostawionych pustych miejsc, na uzupełnienie pracy domowej, o której oczywiście "zapomnisz". Jakże piękny był to poranek! Pyszne śniadanie, cudowna kawa, włączone radio, świeży obrus, dobry humor i poczucie że dzień nadchodzi skrojony idealnie na miarę aspiracji i możliwości. Że tym razem puzzle dnia ułożą się i zaczną już zawsze układać. Tego właśnie dnia nawiedził mnie Dybuk. Zobaczyłam go przez okno, myjąc naczynia. Stał w postaci znanej mi kobiety na przejściu dla pieszych, w długiej kapocie i okularach przeciwsłonecznych. Nie mogłam się pomylić. Nikt inny tak wyglądać nie mógł. Wiedziałam, że mnie widzi. To nie przypadek. Sprawdza moją czujność. Pojawił się pod postacią dojrzałej kobiety. Jest jak Zła Królowa z bajki o Królew...

Nocne szaleństwa Penelopy.

Jest we mnie tak wielka tęsknota. Tęsknota za tym, co wyparłam i czego się boję, a może czego nie zaznam poprzez brak czasu. Przytulenia. Wypowiedzenia kilku ważnych zdań, spojrzenia porozumiewawczo w oczy. Tajemnica. Wisi nade mną, jak dym z papierosa. Wiele tajemnic. Pewnie domyślnych, ale nadal tajemnic. Jestem sierotą. Mam ciągły deficyt dotyku, którego się boję i którego pragnę. Jestem jak na wpół oswojone zwierzę. Możesz do mnie wyciągnąć dłoń jedynie wierzchem do góry. W przeciwnym razie to koniec. Ucieknę i nigdy mnie nie zobaczysz. Chciałabym przytulenia. Właśnie twojego. Ty też masz swoje demony. Mamy i potrzebę bliskości, i potrzebę samotności. Obie te potrzeby są w równowadze. Dlatego tak ciężko. Płaczę, zwijając się w embrion. Ogrom harmonii nade mną śpiewa i przyciska moje piersi do kolan. Jestem tak samotna i z tym pogodzona. Płaczę nad sytuacjami, które powinny dziać się teraz, ale jest środek nocy. Nikomu nie mogę okazać mojej czułości, bo jest tak cholern...

Słoneczna mantra.

Ciepło skóry nagrzanej przez sierpniowe słońce, we włosach zapach wiatru. Piasek stygnący przed zachodem słońca. Bezpieczeństwo. Byłam przytulona, wolna, zamyślona. Chodziłam brzegiem morza - pierwsze kroki samotności. Niczego się nie bałam w myślach. Wtedy. Słońce daje bliskość. Kiedy idziesz, możesz się pięknie zamyślać. Wdychasz głęboki zapach morza. Jesteś odurzony i natchniony. Czysty i pełen. Owiewające powietrze przytula półnagie ciało. Myśli są wtedy, jak sen. Z każdą sekundą kontury się zacierają i następują kolejne. Czasem wyłania się spójny obraz, który wypełnia cię po brzegi. Wtedy idąc, zdarza ci się unosić rozkosznie pięty. Wyciągasz zapalczywie twarz po nagrodę od słońca, za to że jesteś szczęśliwy. A ono często odpowiada. Cały świat błogosławi twemu szczęściu. Kiedy stajesz tam znów, gdzieś w sierpniu, w słoneczne popołudnie, wiele lat później - okazuje się że istnieje między tobą i tobą, między kiedyś i teraz - continuum. Wzruszasz się, a słońce tak pięknie zapie...

Naga kobieta.

Stukot. Zgiełk ulicy. Przepięcie w powietrzu. Kopnięcie prądem, jak wtedy gdy dotykasz językiem baterii. Szummm. Szum słów obijających się o siebie, jak elektrony. Słowa zawisły. Zastygłam. Eskalacja myśli. Część uciekła szybko, by ta druga jej nie mogła dogonić. Na mojej twarzy zarysowało się rozmarzenie. Elektrony zawiodły mnie do iwaszkiewiczowskiego lata, pełnego tajemniczych tekstur i intensywnego powietrza. Do czegoś "na granicy", co jednocześnie było i nie istniało. Piękne wspomnienie. Na tle innych piękniejsze, bo niespełnione. Na tle innych - wzruszające, bo dyskretne. Nienazwane, chociaż przeżyte. Wtedy nie docierało do mnie. Zatapiałam się nie w faktach, lecz w wilgotnym zapachu lasu, ciała, wina. W pomarańczy zachodzącego słońca i muzyce, którą dzieliłam. Aż dziw, że tak własnie było. Zawsze goniłam szczęście. Wtedy nie złapałam go nawet za opuszek palca. Zupełnie, jak nie ja. Jakbym nie była sobą, tylko medium odurzonym bajecznym powietrzem, które nie...

Posągowa poczekalnia.

Proszę czekać. Czekaj. Poczekaj. Trzeba czekać. Będziesz zmuszony poczekać. Poczekalnia. Czeka się zawsze w sytuacjach krytycznych lub przynajmniej istotnych. Jak długo można czekać?! Czy warto? Co nam da czekanie? Czy zawsze czekamy i czy obiekt uczący nas w ten sposób pokory oraz cierpliwości zasługuje na nasze zaciskanie zębów? Dodatkowo: czy istnieje czekanie z godnością? Miśka zadawała sobie te pytania patrząc na miasto z dachu wieżowca. Od dawna rozważa zjawisko dla niektórych niewystępujące i zbędne. Ona czeka. Czasem ją to zawstydzało, czy aby to nie jest zbyt łzawe i staroświeckie w dobie szybkich kas w supermarketach. Początkowo czekanie było dla niej, jak siedzenie na krześle elektrycznym. Czymś, co drażni każdą komórkę ciała i nie daje spokoju. Co wybija z rytmu i staje się jedyną treścią życia. Ostatecznie jednak przychodzi taki moment, gdy nawet najbardziej nasycone kolory - blakną. Tak było z jej czekaniem. Stało się elementem jej życia, jak śniadanie, czy p...