Przejdź do głównej zawartości

Niezwykłość ludzka.

Czasem, w naszym życiu zdarzają nam się ludzie. Tacy ludzie, którzy zostają i przywierają do nas, a my do nich. Przywierają tak przyjemnie, że nawet w czasie długiej nieobecności czuje się ich ciepło i zawsze można być przy nich sobą. Ba! Zdarza się, że dopiero przy nich przypominamy sobie kim jesteśmy i o co tak naprawdę nam chodzi.

Czasem, w naszym życiu zdarzają nam się ludzie, którzy przywierają i zadziwiają.
Patrzysz na taką osobę, a ona ma wiele płaszczyzn, wiele wymiarów, wiele słów i muzyki w sobie.
W codziennym brzdąkaniu dnia często gdzieś to umyka, aby niespodziewanie wybuchnąć pełną euforii arią i łapiesz się na tym, że jesteś szczęśliwy bo masz kogoś niezwykłego, kogo nie znasz ciągle i wcale się tego nie boisz. Wręcz przeciwnie! Jesteś szczęśliwy, że nadal możesz poznać, możesz zatopić się w pięknie, które dotychczas traktowałeś dość powierzchownie.

Przyszło mi w udziale być małpowatą przyjaciółką wielkiej osoby, która przywarła do mnie, a ja do niej. Słuchając każdorazowo jej głosu przypominam sobie, że umiem oddychać pełną piersią, a dusza moja umie rozszerzyć kolejne wszechświaty.
Mam niesamowite szczęście - za każdym razem dziwię się tak samo, że jesteś tak samo zwykła co niezwykła. Za każdym razem czuję euforię, gdy przypomnę sobie o tym. Potem zapominam poprzez niedowierzanie, bo przecież to niemożliwe, żeby znać kogoś aż tak niezwykłego.

Cholernie boimy się niezwykłości innych ludzi. Zupełnie bez sensu.


TEJ Oldze Maroszek.



Komentarze

  1. Świetne, Rudolfino. Zaś w sprawie merytorycznej - dla Olgi ja się do tego podłączam :)
    Sługa,
    Atos

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nieludzki spokój

Znowu jestem sama. W zasadzie nie jestem bardziej sama, niż wczoraj ani bardziej sama, niż jutro. Z tą samotnością jest trochę jak ze świadomością rzeczy, które są nabyte i mamy je niemal od zawsze - są tak codzienne że zapominamy o ich istnieniu. Łapiemy się na tym dopiero gdy ich zabraknie lub gdy napadnie nas melancholia. Wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę ze swojego stanu posiadania. I to też raczej wybiórczo. Myśl ludzka jest niestety jak niesforny operator filmowy - chce nagrać dzieło sztuki a wychodzi mu chaotycznie nakręcony czeski film który stawa akcenty nie tam gdzie powinien. Można zatem sądzić, że dopadła mnie lekka melancholia i zaczęłam taksować siebie i swój żywot. No i poczułam się sama. Mało tego! Zdążyłam już nawet wpaść w panikę na ten temat. Poczuć powolne obumieranie czegoś w środku. Jakby w ekspresowym tempie usychało we mnie duże, liściaste drzewo. No ale w zasadzie czego tu się bać? Co tu przeżywać? Wzięłam ostatnio do ręki moją wagę strachów i lęków. Na...

Pociąg do spokoju

Obcość i wyobcowanie. Ulotność, przemijalność, bylejakość, nicość. Łzy same płyną po policzkach. Ręce opadają bezwładnie na kolana, a włosy zmierzwione są i wyblakłe. Takie uczucie ci towarzyszy, jak wtedy, kiedy byłeś małym chłopcem i wracałeś do domu z długiej podróży. Wszystko było niby znane i wiedziałeś gdzie co leży, ale jakieś takie obce, niepokojące i ty jakiś nieswój. Im jesteśmy starsi, tym chwilami jesteśmy coraz bardziej dziećmi. Czujemy to bezpieczeństwo, jakie dawało ciepło słońca i uśmiech najbliższych a zaraz potem poczucie przemijalności tej chwili, że to wszystko już nie wróci. Że możemy mieć inne szczęście, inną bliskość, ale każda przeminie i każda będzie coraz mniej intensywna w porównaniu do poprzedniej. Chwilami osuwasz się w dół, jakbyś zapadał w dziwny, smutny świat, gdzie jesteś nieswój i czujesz wszechobecną śmierć i przemijalność. I to poczucie abstrakcyjności życia: głupoty gonitwy i przeraźliwości ambicji. Pocierasz zimne dłonie o rozpalone łzami pol...

Bezbrzeżna chęć brudu.

Zaczęła się jesień. Szłam melancholijnie przez park. Dzieci bawiły się na placu, ich rodzice w osowieniu siedzieli porozrzucani pojedynczo na ławkach, nieopodal epicentrum wrzasku. Psy robiły kupy gdzie popadnie, koty miauczały pod zamkniętą budką już bez piwa. A ja tak sobie szłam, noga za nogą w lekkim odurzeniu własnymi kołaczącymi się myślami. Ten mętlik, zaprowadził mnie w swej chmurze w wiele miejsc tego dnia: na kilka wystaw, na kilka "pięćdziesiątek" gdzieś w Mieście Łodzi. Szłam sama, bo wtedy nie trzeba niczego ustalać, nikomu tłumaczyć, niczego deklarować. Chcesz iść, to idziesz, jak nie to siedzisz. Potem weszłam do jakiegoś małego kina. Zorientowawszy się, że wszystkie tytuły są mi już znane - udałam się oddać mocz. Z sąsiedniej kabiny wydobywał się tak znajomy i niemal zapomniany dźwięk kochających się ciał. Uśmiechnięta oddawałam się mojemu moczowi, by razem z tymi obok spuścić się w odmęty otchłani. Wyszłam z kabiny, a w tym samym momencie otworzyły się drzw...