Przejdź do głównej zawartości

Zapiski na zatęchłej papeterii

Patrzę na ładną dziewczynę, 

taką "z pudełeczka" - jak mawia moja Babcia. Ma idealną fryzurę, kształtne paznokcie, idealną cerę, błysk w podkreślonych konturówką idealnie oczach.

Na grafitowej bluzce z dzianiny lśni przy jej szyi malutki, misterny koronkowy kołnierzyk.
Szuka czegoś w torebce. W tym celu wyjmuje z niej zawartość. Wszystko kwieciste, stylowe, z klasą. Jest zapracowana, zadbana, zaręczona...

Zawsze chciałam być taką różową dziewczynką. Dziewczynką - laleczką. Z misiami na półkach w pokoju, z papeterią w szufladzie biurka, na którym zawsze panuje idealny porządek. Dziewczyną -vintage... taką wtuloną w bezpieczeństwo, ciepło, idealną rodzinę z żurnala. Dziewczynką zakochaną w swojej mamie, która starannie maluje się na bal, galę, do teatru.

Los chciał, że nie mieszkam w dzielnicy willowej, ale na Bałutach, że jestem mniej dziewczęca, ale nie mniej szczęśliwa. Raczej ciesząca się z innych rzeczy.

Jednak pewnych elementów, skrawków, strzępów, które mnie nachodzą na ulicy nie da się przetłumaczyć, przekształcić, wywinąć na drugą stronę...

Mam takie momenty, że widzę kobietę idącą ulicą.
Kojarzy mi się z kimś mi bardzo bliskim.
I jednocześnie modlę się, żeby to była ONA.
I jednocześnie modlę się, żeby bieg pewnej historii mógł zawrócić.


fot.: z czeluści internetu

Komentarze

  1. Wierz mi dzielnica willowa nie ma z tym nic wspólnego, a w każdej z nas jest mała dziewczynka którą cieszy np " What this". Wystarczy ją tylko uwolnić. A z Panny Nikt może wyrosnąć królowa! Dlatego WA... TO mówiąc kolokwialnie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nieludzki spokój

Znowu jestem sama. W zasadzie nie jestem bardziej sama, niż wczoraj ani bardziej sama, niż jutro. Z tą samotnością jest trochę jak ze świadomością rzeczy, które są nabyte i mamy je niemal od zawsze - są tak codzienne że zapominamy o ich istnieniu. Łapiemy się na tym dopiero gdy ich zabraknie lub gdy napadnie nas melancholia. Wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę ze swojego stanu posiadania. I to też raczej wybiórczo. Myśl ludzka jest niestety jak niesforny operator filmowy - chce nagrać dzieło sztuki a wychodzi mu chaotycznie nakręcony czeski film który stawa akcenty nie tam gdzie powinien. Można zatem sądzić, że dopadła mnie lekka melancholia i zaczęłam taksować siebie i swój żywot. No i poczułam się sama. Mało tego! Zdążyłam już nawet wpaść w panikę na ten temat. Poczuć powolne obumieranie czegoś w środku. Jakby w ekspresowym tempie usychało we mnie duże, liściaste drzewo. No ale w zasadzie czego tu się bać? Co tu przeżywać? Wzięłam ostatnio do ręki moją wagę strachów i lęków. Na...

Pociąg do spokoju

Obcość i wyobcowanie. Ulotność, przemijalność, bylejakość, nicość. Łzy same płyną po policzkach. Ręce opadają bezwładnie na kolana, a włosy zmierzwione są i wyblakłe. Takie uczucie ci towarzyszy, jak wtedy, kiedy byłeś małym chłopcem i wracałeś do domu z długiej podróży. Wszystko było niby znane i wiedziałeś gdzie co leży, ale jakieś takie obce, niepokojące i ty jakiś nieswój. Im jesteśmy starsi, tym chwilami jesteśmy coraz bardziej dziećmi. Czujemy to bezpieczeństwo, jakie dawało ciepło słońca i uśmiech najbliższych a zaraz potem poczucie przemijalności tej chwili, że to wszystko już nie wróci. Że możemy mieć inne szczęście, inną bliskość, ale każda przeminie i każda będzie coraz mniej intensywna w porównaniu do poprzedniej. Chwilami osuwasz się w dół, jakbyś zapadał w dziwny, smutny świat, gdzie jesteś nieswój i czujesz wszechobecną śmierć i przemijalność. I to poczucie abstrakcyjności życia: głupoty gonitwy i przeraźliwości ambicji. Pocierasz zimne dłonie o rozpalone łzami pol...

Bezbrzeżna chęć brudu.

Zaczęła się jesień. Szłam melancholijnie przez park. Dzieci bawiły się na placu, ich rodzice w osowieniu siedzieli porozrzucani pojedynczo na ławkach, nieopodal epicentrum wrzasku. Psy robiły kupy gdzie popadnie, koty miauczały pod zamkniętą budką już bez piwa. A ja tak sobie szłam, noga za nogą w lekkim odurzeniu własnymi kołaczącymi się myślami. Ten mętlik, zaprowadził mnie w swej chmurze w wiele miejsc tego dnia: na kilka wystaw, na kilka "pięćdziesiątek" gdzieś w Mieście Łodzi. Szłam sama, bo wtedy nie trzeba niczego ustalać, nikomu tłumaczyć, niczego deklarować. Chcesz iść, to idziesz, jak nie to siedzisz. Potem weszłam do jakiegoś małego kina. Zorientowawszy się, że wszystkie tytuły są mi już znane - udałam się oddać mocz. Z sąsiedniej kabiny wydobywał się tak znajomy i niemal zapomniany dźwięk kochających się ciał. Uśmiechnięta oddawałam się mojemu moczowi, by razem z tymi obok spuścić się w odmęty otchłani. Wyszłam z kabiny, a w tym samym momencie otworzyły się drzw...