Przejdź do głównej zawartości

Z cyklu: "Szkice o wodzie" CZ.3

Joanna wyszła od wróżki na rozżarzoną słońcem ulicę. Czuła, że świat jej wiruje. Przeszła tak kawałek, przystanęła na chwilę. Doszło do niej, że to przecież zwykła wróżka. Nie trzeba jej ufać. Z pewnością każdemu mówi o śmierci i miłości, bo ludzkość już tak ma, że Eros i Tanatos są najbardziej rozchwytywani, a w połączeniu już zupełnie wprowadzają w obłęd. Ale skąd ona wiedziała jak ma na imię? Tego już nie umiała uzasadnić w żaden sposób mniej, czy bardziej racjonalny. Stała tak na środku chodnika z dobre dziesięć minut. W końcu ruszyła z miejsca. W tym samym momencie poczuła, jakby coś przecięło powietrze tuż za jej plecami i rozbiło się w zetknięciu z chodnikową płytą. Joanna obróciła się i zobaczyła pod swoimi nogami potłuczoną, średniej wielkości doniczkę z kwiatkiem. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, zakręciło się jej w głowie i zemdlała.
Wszystko to zobaczył kloszard przechodzący przez ulicę. Podbiegł do kobiety i zaczął ją cucić wodą ze starego termosu z groteskowym kwiatuszkiem, który miał w swoi tobołku ( na wypadek, gdyby zachciało mu się pić i nie miał nawet na podrzędną gorzałkę z mety). Joanna ocknęła się po krótkim czasie. Kloszard zaproponował, że odprowadzi ją do domu. Przystała na to, chociaż nie miała do końca pewności, czy zaczęło ją mdlić ze stresu, czy też z powodu woni wydzielanych przez mężczyznę. 

Szli tak w milczeniu kwadrans. On, bo z natury był małomówny, ona z powodu rzeczonych mdłości. Rozstali się pod jej klatką, wymienili się uprzejmościami i rozstali.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nieludzki spokój

Znowu jestem sama. W zasadzie nie jestem bardziej sama, niż wczoraj ani bardziej sama, niż jutro. Z tą samotnością jest trochę jak ze świadomością rzeczy, które są nabyte i mamy je niemal od zawsze - są tak codzienne że zapominamy o ich istnieniu. Łapiemy się na tym dopiero gdy ich zabraknie lub gdy napadnie nas melancholia. Wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę ze swojego stanu posiadania. I to też raczej wybiórczo. Myśl ludzka jest niestety jak niesforny operator filmowy - chce nagrać dzieło sztuki a wychodzi mu chaotycznie nakręcony czeski film który stawa akcenty nie tam gdzie powinien. Można zatem sądzić, że dopadła mnie lekka melancholia i zaczęłam taksować siebie i swój żywot. No i poczułam się sama. Mało tego! Zdążyłam już nawet wpaść w panikę na ten temat. Poczuć powolne obumieranie czegoś w środku. Jakby w ekspresowym tempie usychało we mnie duże, liściaste drzewo. No ale w zasadzie czego tu się bać? Co tu przeżywać? Wzięłam ostatnio do ręki moją wagę strachów i lęków. Na...

Pociąg do spokoju

Obcość i wyobcowanie. Ulotność, przemijalność, bylejakość, nicość. Łzy same płyną po policzkach. Ręce opadają bezwładnie na kolana, a włosy zmierzwione są i wyblakłe. Takie uczucie ci towarzyszy, jak wtedy, kiedy byłeś małym chłopcem i wracałeś do domu z długiej podróży. Wszystko było niby znane i wiedziałeś gdzie co leży, ale jakieś takie obce, niepokojące i ty jakiś nieswój. Im jesteśmy starsi, tym chwilami jesteśmy coraz bardziej dziećmi. Czujemy to bezpieczeństwo, jakie dawało ciepło słońca i uśmiech najbliższych a zaraz potem poczucie przemijalności tej chwili, że to wszystko już nie wróci. Że możemy mieć inne szczęście, inną bliskość, ale każda przeminie i każda będzie coraz mniej intensywna w porównaniu do poprzedniej. Chwilami osuwasz się w dół, jakbyś zapadał w dziwny, smutny świat, gdzie jesteś nieswój i czujesz wszechobecną śmierć i przemijalność. I to poczucie abstrakcyjności życia: głupoty gonitwy i przeraźliwości ambicji. Pocierasz zimne dłonie o rozpalone łzami pol...

Bezbrzeżna chęć brudu.

Zaczęła się jesień. Szłam melancholijnie przez park. Dzieci bawiły się na placu, ich rodzice w osowieniu siedzieli porozrzucani pojedynczo na ławkach, nieopodal epicentrum wrzasku. Psy robiły kupy gdzie popadnie, koty miauczały pod zamkniętą budką już bez piwa. A ja tak sobie szłam, noga za nogą w lekkim odurzeniu własnymi kołaczącymi się myślami. Ten mętlik, zaprowadził mnie w swej chmurze w wiele miejsc tego dnia: na kilka wystaw, na kilka "pięćdziesiątek" gdzieś w Mieście Łodzi. Szłam sama, bo wtedy nie trzeba niczego ustalać, nikomu tłumaczyć, niczego deklarować. Chcesz iść, to idziesz, jak nie to siedzisz. Potem weszłam do jakiegoś małego kina. Zorientowawszy się, że wszystkie tytuły są mi już znane - udałam się oddać mocz. Z sąsiedniej kabiny wydobywał się tak znajomy i niemal zapomniany dźwięk kochających się ciał. Uśmiechnięta oddawałam się mojemu moczowi, by razem z tymi obok spuścić się w odmęty otchłani. Wyszłam z kabiny, a w tym samym momencie otworzyły się drzw...